czwartek, 11 kwietnia 2013

"Homo-małżeństwo" nie jest prywatną sprawą

Niekiedy słyszymy, że  dyskusja o "małżeństwach homoseksualnych" jest prywatną sprawą i kwestią wolności tych osób. Wszak nikt nikomu nie powinien wchodzić do sypialni, ani wprowadzać publicznych ograniczeń w imię własnego światopoglądu. Każdy ma prawo (w imię własnej prywatności) poślubić osobę, którą kocha i która kocha jego.

Tymczasem:

1. Sami homoseksualiści wyprowadzają seksualność poza sypialnię, na widok publiczny. Jest to domena środowisk LGBT i coś, czemu zdrowe społeczeństwo się sprzeciwia.

2. Sami homoseksualiści chcą wprowadzać ustawowe regulacje w imię własnego światopoglądu. I nie mam tu na myśli jedynie regulacji zezwalających (na wprowadzenie homoseksualnych "małżeństw"), ale także ograniczających, (np. poligamii, małżeństw z 16-17 latkami itd.). Dlaczego jednak w imię "własnego światopoglądu" mielibyśmy zabronić życia w zgodzie z własnymi przekonaniami Mormonom lub niektórym ortodoksyjnym Żydom, popierającym wielożeństwo?  Na to pytanie nie usłyszałem jak dotąd odpowiedzi od żadnej osoby popierającej formalizowanie homoseksualnych związków.

3. Znany aktor Jeremi Irons stwierdził, że przypisując nazwę "małżeństwo" parom homoseksualnym deprecjonujemy i zmieniamy znaczenie tego, czym jest małżeństwo. I zadaje uzasadnione pytanie: dlaczego ojciec nie mógłby w takim razie poślubić syna? Gdy dziennikarz próbował go sprostować twierdząc, że byłoby to kazirodztwo, aktor celnie wskazał: - Nie ma kazirodztwa pomiędzy mężczyznami, bo zakaz kazirodztwa chroni przed płodzeniem potomstwa, a mężczyźni nie mogą się rozmnażać. Więc jeśli chciałbym przekazać swojemu synowi mój majątek, to mógłbym go poślubić i przekazać majątek bez płacenia podatku. Trudno odmówić logiki i konsekwencji temu podejściu.

4. Jak powiedział Douglas Wilson: "Małżeństwo osób tej samej płci nie jest przyzwoleniem na to, co niektórzy ludzie będą mogli robić prywatnie. Jest raczej czymś, o czym będziesz mógł mówić publicznie".

5. Małżeństwo w Bożych oczach jest miłosnym przymierzem jednego mężczyzny i jednej kobiety. I ma ono charakter publiczny. Oznacza to, że w przestrzeni publicznej para małżeńska powinna być rozpoznawana za taką. Sama ceremonia ślubna ma bowiem publiczny wymiar, towarzyszy jej publiczny znak przymierza małżeńskiego, jakim jest (w naszej kulturze) obrączka, niesie ze sobą prawne obowiązki i przywileje małżeńskie oraz obowiązek poszanowania tego związku przez wszystkich innych, zgodnie z przykazaniami "nie kradnij" oraz "nie cudzołóż". 

Nie mówimy więc o żadnym "prywatnym związku", ani o "prywatnym prawie do poślubiania osoby, którą kocham". Mówimy o instytucji, która ma wymiar publiczny i niesie ze sobą publiczne konsekwencje.

5 komentarzy:

  1. @Pastor Paweł

    Śledząc debaty na temat "równouprawnienia małżeńskiego" [sic] odnoszę wrażenie iż, zwolennicy zalegalizowania tej nowatorskiej instytucji uważają to za sprawę jak najbardziej publiczną. Kwestia dla nich głównie rozchodzi się o ludzką godność ,sprawiedliwość oraz równie traktowanie - kwestie jak najbardziej publiczne, którymi wszyscy powinni być zainteresowani.

    Nie wiem do końca kto tak naprawdę podnosi ten argument na temat prywatności małżeństwa - poza grupą skrajnych libertarian.
    Czy Pastor mógłby podać przykład jakiś osób (znanych) z Polski , które tak ujmują tą kwestię.

    Co do środowisk LGBT versus "zdrowe społeczeństwo" - rzecz w tym ,iż w ostatnich latach w tychże rzekomo zdrowych społeczeństwach instytucja małżeństwa uległa głębokiej degradacji ,iż promowanie homoseksualizmy wyduje się raczej tylko naturalnym efektem (np. w Ameryce ok 50% kończy się rozwodami , nawet wśród "bogobojnych" Amerykanów), niż jakimś wymysłem wąskiej grupy ludzi.

    Czy Polska jest jeszcze zdrowym społeczeństwem ? Jak tą zdrowość zmierzyć ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Argument "godności, sprawiedliwości i równego traktowania" jest tyleż bałamutny, co absurdalny. Wynika z niego, że właściwie dowolne zachowanie - pod warunkiem, że posiadające wystarczająco mocne lobby w mediach i społeczeństwie - można promować na tej podstawie. Przy braku stałego punktu odniesienia w sprawach moralności, nie ma niczego, co byłoby dobre albo złe.

    Dlatego w kolejce do "równouprawnienia" powinni staną kazirodcy. Oni również są "pozbawiani godności", a nawet wsadzani do więzień (czyli prześladowani) i zdecydowanie nie są równo traktowani. Następnie mamy nekrofilów, zoofilów i całą gamę innych osób, których zachowanie [na razie] nie mają społecznego przyzwolenia. Ale skoro społeczne przyzwolenie jest pochodną propagandy, to wszystko jeszcze przed nami. Tyle jeśli chodzi o absurdalność.

    Teraz o bałamutności. Argument, że promowanie homoseksualizmu "wydaje się być naturalnym efektem głębokiej degradacji instytucji małżeństwa" nie jest poparty żadnymi faktami. Sami homoseksualiści twierdzą, że ich "orientacja seksualna" jest "wrodzona" (co nie jest udowodnione). Zatem nieprawda jest, że ktokolwiek decyduje się na homoseksualizm, bo jest zgorszony głęboką degradacją instytucji małżeństwa.

    I ostatnia sprawa, czyli "miara zdrowości". Otóż jeśli sami homoseksualiści chcą określać taką miarę, to ja się pytam na jakiej podstawie moralnej oni opierają swoje zarzuty w stosunku do ludzi, którzy nie akceptują promowania homoseksualizmu ani homoseksualizmu jako takiego? Jeśli sami relatywizują moralność, to nie mają prawa skarżyć się na zachowanie kogoś, kto ma inne standardy. I tutaj widać, że brak posiadania moralnego standardu, który byłby stały i niezmienny, prowadzi do degeneracji moralnej społeczeństwa.

    Jedyna miara "zdrowości", która jest stała, niezmienna i absolutna, pochodzi o Tego, który moralność człowiekowi włożył w sumienie. Skażona natura ludzka prowadzi wprawdzie do wypaczenia zachowań, ale sumienie nadal istnieje i zdecydowanie nie jest wytworem ewolucji (bo nie miało z czego ewoluować). Stwórca podał taka miarę w Biblii, którą po prostu należy interpretować właściwie.

    Żądania homoseksualistów są coraz śmielsze, ponieważ cywilizacja judeo-chrześcijańska w ogólności porzuca moralne fundamenty, na których została założona. Dlatego ani Polska, ani inne kraje z kręgu tej cywilizacji nie są zdrowe - powodem choroby nie jest jednak to, co wydaje się sugerować OwenFan.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Polikarp

    Nie wiem dlaczego odebrałeś moją wypowiedź za argumentację na rzecz homoseksualizmu.

    Raczej uważam argumentację Pastora za nie przekonywującą.

    Co ma być tym stałym punktem odniesienia , w społeczeństwie które nie uznaje panowania Chrystusa na światem ?

    Korelacja między powszechnym zjawiskiem rozwodów , a homoseksualizmem jest faktem. Promowanie takich zachowań występuje wraz z rozpadem tradycyjnych więzów rodzinych. Obecnie przeważająca większość Amerykanów pomiędzy 20 - 30 rokiem życia uważa homoseksualizm za coś normalnego i uważa ,iż homoseksualiści powinni tak samo się żenić jak osoby heteroseksualne. Jest to pokolenie , które w wychowało się w rozbitych rodzinach. Także moje twierdzenie jest jak najbardziej poparte faktami.

    OdpowiedzUsuń
  4. Punkt odniesienia charakteryzuje się tym, że nie zależy od niczyich poglądów. Dlatego jest punktem odniesienia. Przez wiele wieków w społeczeństwach, które wcale nie uznawały panowania Chrystusa nad światem w sensie ewangelicznym, małżeństwa homoseksualne nikomu nie przychodziły do głowy, ponieważ nie było na to społecznego przyzwolenia.

    Natomiast w preambułach do konstytucji w większości krajów istniało odwołanie do Boga Biblii jako gwaranta praw zawartych w konstytucji.

    Punktem odniesienia jest Słowo Boże - można tego nie uznawać, tak jak można nie uznawać istnienia grawitacji. Problem polega na tym, że skutki braku uznawania grawitacji są odczuwalne błyskawicznie, natomiast skutki braku uznawania Biblii jako punktu odniesienia dla moralności są długofalowe i nie są widoczne od razu.

    Nie jest prawdą, że powodem propagowania homoseksualizmu jet rozpad więzów rodzinnych. "Korelacje" można wymyślać różne - tylko dlatego, że pewne zjawiska dzieją się z tym samym czasie. Ale ich równoległe istnienie nie jest jeszcze korelacją. Równie dobrze można by stwierdzić, że propaganda homoseksualna jest w korelacji z wzrostem liczby ataków terrorystycznych na świecie - tylko dlatego, że oba zjawiska dzieją się w tym samym czasie. Ale to nie jest korelacja, bo te zjawiska nie są współzależne.

    Traktowanie homoseksualizmu jako czegoś normalnego jest efektem odejścia od Biblii jako punktu odniesienia - bo ona wyraźnie mówi, że homoseksualne współżycie jest grzechem i Bóg go nie toleruje. Podobnie zresztą jak nie toleruje cudzołóstwa. Odejście od Biblii w myśleniu i nauczaniu jest faktem. I taka korelacja jest faktem, bo światopogląd ulega zmianie. Zmiana światopoglądu na nie tylko niebiblijny, ale nawet anty-biblijny prowadzi do akceptacji współżycia homoseksualizmu jako normy. I to jest prawdziwa korelacja.

    Rozbite rodziny również są efektem rozluźnienia obyczajów w wyniku degeneracji moralnej społeczeństw. To również jest korelacja, ponieważ większość ludzi traktuje cudzołóstwo jako normę.

    Moim zdaniem albo widzisz korelację nie tam, gdzie ona zachodzi, albo błędnie rozumiesz określenie "korelacja".

    OdpowiedzUsuń
  5. @Polikarp

    Przez korelację rozumiem występowanie zjawisk w tym samym czasie i okolicznościach. Odróżniam to od związku przyczynowego. Mógłbym wykazać ,iż istnieje związek przyczynowy między rozpowszechnianiem się homoseksualizmu, a rozpadem tradycyjnych więzów rodzinnych - ale to wymagałoby odrębnego wpisu.

    Co do punktu odniesienia - uznanie go zależy jak najbardziej od poglądów ludzi. Jak sam przyznałeś , iż traktowanie homoseksualizmu jako czegoś normalnego , jest efektem odejścia od Biblii - z czym się zgadzamy. Jednak fakt , czy uznajemy biblię za autorytet , czy nie zależy - od naszego uznania.
    Tak naprawdę problemem jak Chrześcijanie mają funkcojanować w społeczeństwie , które nie uznaje panowania Chrystusa .

    OdpowiedzUsuń