piątek, 14 grudnia 2018

Motyla noga, Kurza stopa, Psia kość

Niektórzy z Was wiedzą, że jestem miłośnikiem żużla, piłki nożnej, koszykówki NBA, muzyki oraz... gier planszowych. Niektóre z nich chciałbym również od czasu do czasu polecić na tym blogu. Oto trzy z nich: gry karciane Motyla noga, Psia kość i Kurza stopa. Kilka słow o każdej z nich, a na końcu podsumowanie:


Motyla noga!

Odkrywamy pierwszą kartę, a następnie gracze wykładają kolejno karty tak długo jak na każdej z nich znajduje się cyfra +1. Gdy odkryta karta nie zawiera cyfry gracze - zaczynając od pierwszej z nich muszą po sznurku dotrzeć do właściwego obrazka na ostatniej karcie. Gdy go znajdą mówią głośno jego nazwę. Jeśli odpowiedź jest poprawna - gracz zgarnia wszystkie odkryte karty ze stołu, które trafiają do jego puli punktów. Ten, kto ma ich najwięcej, wygrywa grę. Od tej zasady jest pewien wyjątek. W talii znajduje się specjalna karta z kotem i motylem przy jego nodze. Pierwsza osoba, która krzyknie: Motyla Noga! Zgarnia wszystkie odkryte karty.



Kurza stopa!

Gra również polega na wykładaniu kart. Naszym zadaniem jest znalezienie robaczka, którego kształt pokrywa się z tym, który widzimy na pierwszej karcie. Gracz lub gracze, którzy wskażą właściwy kształt robaczków, zdobywają karty, które wskazali. Stają się one ich punktami. Ten,. kto uzbiera ich najwięcej po wyczerpaniu kart z talii - wygrywa grę. Jest karta specjalna przedstatwiająca wielką nogę kury. Pierwszy gracz, który po jej odkryciu krzyknie: Kurza stopa! - zabiera wszystkie odkryte karty ze stołu.



Psia kość!

Pierwszy gracz odsłania kartę labiryntu, którą kładzie na środku stołu oraz cztery karty przedstawiające psy wraz z ich imionami. Kładzie je wokół karty labiryntu po każdej stronie. Zadaniem graczy jest wskazać psa, który dojdzie do skarbu w środku labiryntu. Ten, który zrobi to poprawnie jako pierwszy, zdobywa kartę wskazanego psa jako swój punkt. W jej miejsce kładziemy  kolejną kartę ze środku stołu. Wygrywa gracz, który zdobędzie najwięcej punktów. Wyjątkiem jest karta z psem, który ma kość. Jak w przypadku poprzednich gier należy głośno wypowiedzieć hasło. Brzmi ono: Psia kość! 

Podsumowanie

Wszystkie gry mają proste, dwustronne instrukcje i są dobrym wprowadzeniem do świata gier planszowych. Świetnie nadają się na rodzinne wieczory oraz spotkania towarzyskie, również z udziałem osób, które nie mają do czynienia z grami. Ćwiczą spostrzegawczość oraz refleks. Zasady nie są skomplikowane. Do rozegrania gier nie trzeba dużo czasu, ani miejsca. Uroku grze dodają ładne rysunki znanego polskiego rysownika Andrzeja Mleczki. Grę miałem okazję poznać na gdańskich targach "Gramy" w listopadzie br. W tego typu grach zwykle moje dzieci są lepsze ode mnie, dlatego każda z nich nadaje się również jako prezent dla najmłodszych (od 6 lat). 

środa, 12 grudnia 2018

Siedem tez na temat edukacji

19 listopada br. zostałem zaproszony na ogólnopolską konferencję na Uniwersytecie Gdańskim z cyklu "Edukacja-Społeczeństwo: Edukacja i pedagogika w gąszczu pluralizmu religijności i areligijności." 

Organizował ją Zakład Pedagogiki Ogólnej Instytutu Pedagogiki Wydziału Nauk Społecznych UG pod patronatem Zespołu Pedagogiki Ogólnej KNP PAN Wydział Nauk Społecznych. 


Swój wykład zatytułowałem "Siedem tez na temat edukacji" (26 min.). Można go wysłuchać TUTAJ.


Wersja spisana:

1.Nie istnieje ideowa neutralność w edukacji

Każdy rodzaj edukacji ma charakter światopoglądowy i ideowy: takie rzeczy jak treści oznajmiane, treści pomijane, ich interpretacja, wystrój sali, ustawienie krzeseł, rola nauczyciela itp. – są wyrazem określonej filozofii, antropologii, czy teologii. 
Przykładowo - edukacja, która ignoruje Boga w nauczaniu - uczy dzieci ignorować Boga i spoglądać na świat bez Niego. Albo Bóg jest konieczny, aby zaistniała przyroda, historia, prawa fizyki, albo mówimy o wystroju domu, pomijając informację o tym, że ma on gospodarza.


Każdy rodzaj edukacji ma charakter światopoglądowy i religijny, bez względu na to, czy wskażemy na edukację chrześcijańską, muzułmańską, judaistyczną, Rudolpha Steinera, Marię Montessori, Johna Deweya itd. Pytanie nie brzmi: czy za czyjąś pedagogiką stoi Bóg, lecz Bóg jakiego systemuCzyli nie chodzi o to, czy uczymy katechizmu, lecz jakiego katechizmu? Katechizmy posiadają nie tylko wspólnoty religijne, ale i nowoczesne demokracje, uniwersytety, które uczą młodzież i studentów właściwych odpowiedzi. Np. "świeckie państwo jest lepsze niż republika islamska." "Pluralizm jest lepszy niż monizm i unifikacja." To twierdzenia o charakterze ideowym i światopoglądowym. A ich uzasadnienie siłą rzeczy będzie miało charakter światopoglądowy. Kiedy moi przyjaciele rozmawiali z kandydatami do nauczania historii w szkole chrześcijańskiej, to wśród pytań znalazło się m.in. – jak ma Pan pogląd na historię?

Edukacja jest teleologiczna i zorientowana ideowo, co oznacza, że ma pewien cel.  Każda edukacja zakłada jakąś wizję dobrego człowieka, choć oczywiście może różnie ją definiować. Roger Scruton stwierdził, że istotą dyskusji o edukacji jest to, „jakich wartości należy nauczać i jakimi metodami.” Nie można zatem mówić po prostu o edukacji. Zawsze mówimy o określonej edukacji, która jest wyrazem określonego poglądu na świat, jak zauważył to Gilbert Chesterton: „Każdy rodzaj edukacji prezentuje określoną filozofię. Jeśli nie przez dogmat, to przez sugestię, implikację, atmosferę."


2. Celem edukacji jest życie.

"Synu mój, jedz miód, bo jest dobry, słodki jest plaster miodu dla twojego podniebienia; tym też jest wiedza i mądrość dla twojej duszy! Jeżeli ją znajdziesz, masz jeszcze przyszłość, a nadzieja twoja nie rozwieje się." (Księga Przysłow 24.13-14)

Edukacja w biblijnym ujęciu to nie informacja, lecz formacja. Pytanie nie brzmi: jakie informacje przekazuje edukator, lecz jakiego człowieka chce ukształtować? Mówimy o wiedzy oraz mądrości ponieważ nie są to synonimy. Wiedza to pewien zasób informacji o świecie. Natomiast mądrość w Biblii to kategoria etyczna, która łączy się umiejętnością odróżniania dobra od zła. Jest to jeden z celów edukacji: umiejętność odróżniania dobra od zła i opowiadanie się za tym pierwszym.

C.S. Lewis - profesor z Oxfordu, autor wielu książek nt. literatury, historii, filozofii powiedział, że „Edukacja bez wartości, choć przydatna, wydaje się raczej czynić człowieka mądrzejszym diabłem."

Edukacja nie polega na tym jak zdobyć pracę. Nie polega na tym, jak przetrwać w pluralistycznym lub monistycznym świecie. Polega na tym, jak zdobyć życie. Rozwijając tę myśl przywołam francuskiego filozofa i socjologa Pierre Bourdieu, który celnie zauważył, że funkcją szkoły w obecnym kształcie jest reprodukcja dominującej ideologii, czy też przekazanie umiejętności koniecznych do reprodukcji społecznego podziału pracy. Szkoła jest więc nie tyle nastawiona na zmianę, kształtowanie jednostek zdolnych do wpływania na kulturę, lecz ukierunkowana na „urabianie” jednostek jak najbardziej przystosowanych do schematów i sposobów myślenia czy raczej niemyślenia dominujących ideologii. Naszym celem jest, by przyszłe pokolenie przemieniało i kształtowało kulturę, nie zaś dostosowywało się do niej. Nie chronimy dzieci od ciemności, ale uczymy jak walczyć ze smokami. I mają walczyć ze smokami, nie stając się smokami.

W pedagogice i edukacji, którą praktykujemy w Kościele i rodzinie nie chodzi o same zasady, lecz o umiłowanie zasad. Oczywiście mówimy o wiedzy i umiejętnościach dziecka, ale mówimy przede wszystkim o sercu. Mówimy o czymś bardziej naturalnym i organicznym. Edukacja to nie maszyna z odpowiednią instrukcją obsługi, a nauczyciel to nie inżynier. W Biblii edukacja i mądrość są przyrównane do kobiety (Księga Przysłów 8-9). Douglas Wilson powiedział, że mężczyźni nie rozumieją kobiet, ponieważ nie rozumieją mądrości. Traktują mądrość jak inżynierię, a nie jak kobiety. Dlatego w naszych domach i Kościele mówimy dzieciom: czytaj dużo poezji, prozy, baśnie. Czytaj dobre analizy polityczne, biografie ojców kościoła, polskich patriotów. Nie bądź prowincjonalny w czytaniu. Wielu konserwatystów jest zaściankowych w czytaniu i skutkiem tego jest stagnacja i niezrozumienie zmieniającego się świata. Natomiast progresywiści i postępowcy zadowalają się tym, że idą, ale nie wiedzą dokąd zmierzają. Nam chodzi o biblijną edukację, której celem jest życie.

3. Autorytetem w dziedzinie edukacji jest Biblia, czyli Boże Słowo.

W chrześcijańskiej edukacji czymś istotnym jest wskazanie dzieciom na ostateczny autorytet, standard naszych przekonań i zachowań. Jest nim oczywiście Pismo Święte, które jest pożyteczne nie tylko do zbawienia, ale również "do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany" (2 Tm 3:16-17). Biblia jest standardem wychowania.

Uczmy jednak nie tylko standardu, ale przede wszystkim kochać standard. Dlatego, że Bogu chodzi o nasze serca, a nie jedynie o zewnętrzne posłuszeństwo. Co to oznacza i czego nie oznacza? Nie oznacza to, że Biblia jest podręcznikiem przyrody, fizyki i chemii. Nie mówi o wzorze na przyspieszenie ziemskie, o DNA sarny i o kwasie siarkowym. Ale mówi o tym, kto stworzył ludzi, zwierzęta, grawitację, kamienie, prawa matematyki, logiki, fotosyntezę itd. Dostarcza podstaw, by świat można było poprawnie opisywać, prowadzić badania naukowe, formułować paradygmaty. Cornelius Van Til napisał: Biblia jest autorytetem we wszystkim o czym mówi i mówi o wszystkim.

Biblia nie mówi o budowie czaszki naszych ojców wiary, ale mówi, że wyszli z niewoli egipskiej, a nie z bagien, a potem z drzew. Nie powinno nas dziwić przyniesienie Biblii na historię, ponieważ nie da się zrozumieć historii Europy nie wspominając o Apostole Pawle, św. Augustynie, czy Anzelmie z Canterbury.

Poważnie traktujemy osiągnięcia nauki, ponieważ jest ona jednym z narzędzi odkrywania, poznawania świata i czynienia go poddanym zgodnie z mandatem kulturowym, który człowiek otrzymał po stworzeniu świata (Rdz 1.28).

4. Dwa słowa obecne w edukacji: prawda i miłość

Miłość bez prawdy to śmierć. Prawda bez miłości to martwy szkielet bez ciała. Potrzebujemy szkieletu i ciała. Potrzebujemy czegoś więcej niż kości. Poznanie nadyma, ale miłość buduje. (1 Koryntian 8.1)

Wiedza bez miłości bliźniego to charakterystyka szatana. Jednak nie nauczymy nikogo szacunku do odmiennych kultur bez szacunku dla własnej kultury i cywilizacji. Rozumiem kogoś szacunek do własnej matki, bo mam szacunek do swojej. I to jest różnica między patriotą, a nacjonalistą. Patriota jest wdzięczny. Nacjonalista jest pyszny. Wdzięczność idzie w parze ze zrozumieniem innych, a pycha z niechęcią do zrozumienia innych.

5. Zarówno jedność i różnorodność są dobre - w odpowiednim kontekście.

Bóg stworzył świat jako jedną rzeczywistość, ale oddzielił światłość od ciemność, dzień od nocy, morza od lądów, człowieka od zwierząt, mężczyznę i kobietę. Mamy więc jedność i różnorodność, ponieważ taki jest Bóg Pisma Świętego: Jeden w Trzech Osobach, natomiast świat jest odbiciem Jego natury, tak jak dzieło jest podpisem jego twórcy.

Dlatego prawda o Trójcy jest nie tylko odpowiedzią na wielowiekowy dylemat: jedno, czy wiele, ale i podstawą szacunku dla jedności i różnorodności: jednostki i wspólnoty. Bóg Biblii nie tylko oznajmia swoją wolę, ale oznajmia nam siebie. Dlatego człowieczeństwo realizujemy nie w tym, że mówimy: przestrzegaj zasad. Mówimy: bądź jak Jezus Chrystus w tym jak kochasz, jak przebaczasz, jak pracujesz, zabiegasz o sprawiedliwość, jak okazujesz dobroć, szacunek. Jak walczysz ze złem, wyzyskiem, obłudą i chciwością, jak traktujesz nieprzyjaciół, jak znosisz przeciwności i wyzwania, jak traktujesz rodzinę.

Uczymy się cieszyć się jednością i różnorodnością. Nie ma problemu z różnorodnością kultur i narodów, nie ma problemu z polifonią w muzyce, jedną Biblią tłumaczoną na wiele języków, jednością osób odmiennej płci w małżeństwie. Różnorodność jest czymś, co jest elementem harmonii, dopełniania się w Bożym świecie, a nie powodem do konkurowania ze sobą.

6. Edukacja nie jest odpowiedzialnością państwa, lecz rodziny i wspólnot, do których one przynależą.

Bóg powierzył przede wszystkim rodzinie odpowiedzialność za edukację.

"Będziesz tedy miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej siły swojej. Niechaj słowa te, które Ja ci dziś nakazuję, będą w twoim sercu. Będziesz je wpajał w twoich synów i będziesz o nich mówił, przebywając w swoim domu, idąc drogą, kładąc się i wstając. Przywiążesz je jako znak do swojej ręki i będą jako przepaska między twoimi oczyma. Wypiszesz je też na odrzwiach twojego domu i na twoich bramach."  (Powtórzonego Prawa 6.5-9)

"Dzieci, bądźcie posłuszne rodzicom swoim w Panu, bo to rzecz słuszna. Czcij ojca swego i matkę, to jest pierwsze przykazanie z obietnicą: Aby ci się dobrze działo i abyś długo żył na ziemi. A wy, ojcowie, nie pobudzajcie do gniewu dzieci swoich, lecz napominajcie i wychowujcie je w karności, dla Pana." (Efezjan 6.1-4)

Są to wezwania do rodziny, a nie do cesarza. Nie oznacza to, że rodzice nie mogą skorzystać z pomocy kościoła, państwa, czy innych instytucji, lecz chodzi o to pierwotne prawo i odpowiedzialność. Jeśli założymy, że to państwo, a nie rodzice są odpowiedzialni za edukację, to siłą rzeczy będzie to rodziło napięcia i nieskończone dyskusje: czego powinny uczyć się polskie dzieci? Kto o tym będzie decydował? Jeśli rząd, oznacza to, że szkoły publiczne są placówkami kształtującymi wedle rządowej linii programowej. To zaś siłą rzeczy będzie oznaczało starcie i konflikt światopoglądów z rodzinami, które nie podzielają danej wizji świata.

Problemem jest więc nie tyle treść programu szkolnego, lecz samo założenie, że państwo sprawuje kontrolę nad edukacją dzieci wszystkich obywateli. W Bożym porządku to rodzina jest przede wszystkim ministerstwem zdrowia i edukacji, państwo jest ministerstwem sprawiedliwości, a kościół ministerstwem Słowa i sakramentów. I wszystkie one odpowiadają przed Królem – Bogiem, który ustanowił wszystkie trzy instytucje i powierzył ich delegowanym reprezentantom mandat.

7.  Nasza edukacja (w rodzinie i kościele) oparta jest na trzech fundamentach: formalne pouczenie, przykład własnego życia i modlitwa.

- formalne pouczenie

Niektóre z dzieci naszego Kościoła uczą się w trybie edukacji domowej, którą głównie prowadzą rodzice. W naszej rodzinie wieczorami mamy codzienny czas kiedy czytamy Biblię, modlimy się, śpiewamy i rozmawiamy. Przekazujemy dzieciom również pouczenia w innych codziennych sytuacjach: przy posiłku, podczas jazdy samochodem, czy kiedy się kłócą. Bóg mówi, że proces edukacji rozpoczyna się jak tylko otwieramy oczy. A tablicą edukacyjną jest cały świat, różni ludzie i okoliczności. Przykładem jest król Salomon. Spoglądał na mężczyznę, kobietę, zwierzęta, owady, rośliny i pisał:  „Ucz się od mrówek leniwcze”, „Ucz się od borsuków”, „Ucz się od lwa”, „Spójrz na gwiazdy, drzewa, kwiaty”, małżeństwo”, „ojcostwo” „kobieta, mężczyzna”. To wszystko są ilustracje wielu prawd o charakterze duchowym. Powinniśmy wykorzystywać czas, który spędzamy z dzieckiem na przekazywanie mu mądrości o Bogu, świecie, w którym żyje. Pamiętam, gdy mój syn mając 4-lata, oglądając w telewizji sceny z powodzi na Filipinach zapytał mnie: "Dlaczego Pan Bóg zesłał tak dużo wody tym ludziom?"

- własny przykład

Formalne pouczenie nigdy nie jest skuteczne jeśli zabraknie własnego przykładu. Chrześcijaństwo nie mówi o Bogu, który oznajmił swoją wolę, lecz Bogu, który oznajmił nam siebie. Wiara chrześcijańska polega nie na tym, że wiemy coś o Bogu, ale że naśladujemy Boga. Chrystus nauczał o służbie i uległości oraz dał przykład jak mamy to robić. Kiedy mówię do dziecka: umyj naczynia, pozamiataj kuchnię, wyjdź z psem – to muszę upewnić się, że często widzą mnie z miotłą i ścierką.

- modlitwa

Trzecim narzędziem jest modlitwa. Modlimy się z dziećmi i o dzieci - z nimi, ale również z żoną lub indywidualnie. Modlitwa przypomina im i nam, że nasz dom jest domem chrześcijańskim. Nie chodzi o nam o tradycyjną lub postępową rodzinę, ale o Bożą rodzinę. Chcemy, aby dzieci uczyły się, że ich wysiłki, troski nie są niezauważane, ale również, że ja jako rodzic przed kimś odpowiadam – Bogiem, który nas stworzył. Nie oczekuję od nich, aby coś zrobiły, bo jestem większy i silniejszy, ale ze względu na Chrystusa, który nas ukochał i którego także kochamy.

wtorek, 11 grudnia 2018

Maria, Józef i Anioł - jak było naprawdę?


John Barach

W mojej dotychczasowej lekturze na temat rozwodów często spotykam się z odniesieniem do chęci Józefa, by rozwieść się z Marią - zwykle przedstawianej jako przykład chęci rozwodu za niewierność. O czym jednak mówi ta historia?


Popularna wersja mówi, że okazuje się, iż Maria zachodzi w ciążę. Plotka o tym zaczyna się rozprzestrzeniać. Józef również jest pewien, że Maria nie była jemu wierna. Ponieważ jest sprawiedliwy, chce się z nią rozwieść, ale ponieważ jest również miłosierny, nie chce tego robić publicznie. Następnie przychodzi do niego anioł, który go uspokaja i łagodzi jego podejrzenia, a następnie przekonuje, że może ożenić się z Marią.


W Biblii ta historia jest zupełnie inna. Biblia nie mówi: "Okazało się, że była brzemienna". Jest napisane: "Okazało się, że, zanim się zeszli, była brzemienna z Ducha Świętego". Biblia nic nie mówi o podejrzeniach ludzi, o plotkach, o tym, że Józef był zdenerwowany, ponieważ jego żona była niewierna. To, co ludzie sądzili, co zostało odkryte - to fakt, że Maria była brzemienia "z Ducha".


W końcu, jak mówi nam Łukasz, gdy tylko Maria zaszła w ciążę, wyjechała i spędziła kilka miesięcy ze swoją kuzynką Elżbietą i jej mężem Zachariaszem, kapłanem. Elżbieta od razu wiedziała, poprzez Ducha, że Maria jest zaszła w ciążę jako "matka mojego Pana".


Kapłan i jego żona mogli zaświadczyć, że Maria nie była winna cudzołóstwa, że ​​nie była niewierna i że ​​dziecko w jej łonie pochodziło od Ducha Bożego. Łukasz mówi: "W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło." (Łk 1.65)

Jeśli chodzi o Józefa, nie mamy powiedziane, że był wściekły, podejrzliwy, zazdrosny lub w jakikolwiek sposób zdenerwowany. Czytamy, że był przestraszony, zaś anioł przychodzi, nie po to, by rozwiać jego podejrzenia lub uspokoić jego gniew, lecz by uspokoić obawy Józefa.


Dlaczego jednak miałby się bać? Ponieważ dziecko w łonie jego żony pochodzi od Ducha. Maria jest "warsztatem Ducha", więc jak Józef mógł wziąć pojąć za żonę? Czy nie byłoby to wtrącanie się do dzieła Ducha Świętego? 


Tak więc Józef, będąc sprawiedliwym i pragnąc uczynić to, co słuszne, jest gotów odejść i pozwolić Duchowi wykonać Jego dzieło bez ingerencji Józefa, co oznacza, że ​​chce się z nią rozwieść, ale bez świadków i rozgłosu, aby Maria nie została oskarżona i postawiona na równi z niemoralną kobietą.


Lecz anioł mówi: "Nie". Duch Święty nie chce przerywać małżeństwa. To, co się dzieje, dokładnie to, czego chce Duch jest w rzeczywistości spełnieniem (jak oznajmia anioł) Pisma z Księgi Izajasza 7. Józef musi przyjąć ją za swoją żonę. Ma do wykonania zadanie związane z tym dzieckiem, a mianowicie przyjęcie tego syna do domu i linii Dawida oraz nadanie dziecku imienia, które nadał mu Bóg - imienia, które nigdy wcześniej nie zostało znalezione w linii Dawida - "Jezus", ponieważ to dziecko zbawi swój lud od jego grzechów. 


(na podst. Jakob van Bruggen, Matteus: Het evangelie voor Israel, Kampen: Kok, 1994).

tłum. Paweł Bartosik

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Droga Chrystusa

Bóg nie każe nam iść żadną drogą, której by On sam nie przemierzył i na której by nie szedł przed nami. - Dietrich Bonhoeffer

piątek, 7 grudnia 2018

Chrześcijański rytuał

"Chrześcijański rytuał ćwiczy ciało i duszę w odpowiedniej postawie i ruchu. Przenosząc nas przez serię duchowych i fizycznych pozycji, liturgiczny rytuał nakłada na nas choreografię. Ukształtowani przez rytuały nabożeństwa, zaczynamy żyć życiem przed Bogiem, klęcząc, aby wyznawać grzechy; stojąc, aby usłyszeć, śpiewać i klaskać w uwielbieniu; siedzieć, aby jeść i pić. Nabożeństwo uczy nas stawiania kroków w nauce chodzenia, uczy tańca właściwie przez całe życie." 

- Peter Leithart, Against Christianity, s. 82.

PS. Więcej wpisów na temat nabożeństwa można przeczytać w dziale LITURGIA

niedziela, 2 grudnia 2018

Pamięci Kochanej Mamy


Pamięci Kochanej Mamy: Ewy Bartosik (1954-2018) 

Odeszła Mama. Miała 64 lata. 

Nie chcę powiedzieć, że wraz z nią odeszła cząstka mnie. Chcę powiedzieć, że część jej, pamięć o niej i dziedzictwo jej życia pozostanie na zawsze we mnie: jej wrażliwość, jej życiowa mądrość i radość. 

Na zawsze pozostanie w w mojej pamięci jej pasja, energia, uczynność, poświęcenie. Dziękuję Bogu za jej życie, uśmiech, trud wychowania, w który włożyła całe serce, ale i smutki oraz słabości, które przypominają o ludzkiej kruchości. 

Jestem wdzięczny za każdą chwilę, którą dane nam było wspólnie przeżyć: kiedy razem się śmialiśmy, tańczyliśmy, płakaliśmy, śpiewaliśmy, chodziliśmy na spacer, rozmawialiśmy, jedliśmy przy wspólnym stole… 

Mama pięknie pisała. Kiedy rano wstawaliśmy do szkoły witał nas na stole list z ciepłym przywitaniem, przygotowane śniadanie na talerzu i zapakowane kanapki do szkoły. Mama w tym czasie odsypiała po nocnym dyżurze w szpitalu lub była w pracy. 

Była kulinarną mistrzynią. Określenie „Obiad jak u Mamy” zawsze będzie mi się kojarzyło nie tylko z sytością i smakiem potraw, lecz również sytością pod względem ciepła, które wnosiła swoją obecnością i rodzinnym aromatem, który tworzyła. 

Nauczyła mnie szacunku i wdzięczności za chleb powszedni, nauczyła pierwszych modlitw i prawd wiary. Kochała muzykę. „Przeboje Ewy B.” na kasetach magnetofonowych znała cała rodzina, a piosenkami Czerwonych Gitar, Leonarda Cohena i Shakin Stevensa Mama porywała wszystkich do śpiewu lub tańca podczas corocznych rodzinnych zjazdów. 

W ostatnich latach Mamę dotknęło wiele chorób. Ciężko je znosiła. Jej ciało nie było już tak aktywne i sprawne jak kiedyś. Mimo to wciąż kochała rodzinne spotkania, wspólne Święta i wspólne śpiewanie kolęd, podczas którego zawsze się wzruszała widząc w swoim mieszkaniu wszystkie swoje dzieci i wnuki. Ilekroć odwiedzaliśmy rodzinne strony zawsze było widać jej rękę w uporządkowanym domu, zadbanym ogrodzie i schludnej posesji. 

Na zawsze pozostanie we mnie obraz uśmiechniętej Mamy - wesołej, kochającej życie oraz ludzi osoby. Mamo, nie mówię: żegnaj. Mówię: do zobaczenia. 

Dziękuję Ci, Panie Jezu, za moją kochaną Mamę.

wtorek, 27 listopada 2018

Wątpię, aby uwierzyć


SZCZERE PRAGNIENIE WIARY

Kiedy czytam historię niedowiarka Tomasza (Jn 20.25-29), potrafię wydobyć z siebie sympatię wobec niego i jego dylematów. Nie widać z nim zacietrzewienia w zwątpieniu, niewierze. Tomasz ewidentnie chce uwierzyć, ale jednocześnie nie chce, by jego wiara była powierzchowna, zabobonnna, oparta na tkliwych życzeniach, a nie faktach. Jeśli mam uwierzyć, w kogoś, za kim mam pójść, chciałbym być w tym utwierdzony. Nie chcę pobieżnego wyznania. Chcę stanąć na pewnym i mocnym fundamencie! Taki był Tomasz.

Zwykle negatywnie odnosimy się do jego zwątpienia, ale nie zapominajmy, że nie było ono zwątpieniem dogmatycznym, buntowniczym, rebelią zatwardziałego sceptyka. Była to wątpliwość, która niczego bardziej nie pragnie niż tego, by zniknąć!

W tym sensie, Tomasz może być stawiany jako przykład dla współczesnych sceptyków.  Pan Jezus znał dylematy jego wiary, dlatego 
nie pognał go gdzie pieprz rośnie, kiedy Tomasz chciał dotknąć ran. Kiedy faryzeusze pytali o znak, nasz Pan odpowiedział, że dla nich nie będzie innego prócz znaku Jonasza. Kiedy Tomasz pyta o dowód – Pan mówi – włóż rękę w bok. Dlaczego? Ponieważ wiedział, że pytania faryzeuszy o dowód to pytania niewiary. Były to grzeszne pytania: "Pokaż nam jaką mocą to czynisz. Wskaż na dowód, że jesteś tym, za którego się podajesz." W pewnych sytuacjach są to grzeszne pytania i nie powinniśmy dołączać do tych, którzy je zadają.

Pytania i poszukiwania Tomasza były szczere. Dlatego Pan Jezus potraktował jego wątpliwości w sposób dużo głębszy aniżeli czyni to wielu współczesnych sceptyków oraz wierzących. Wezwał go, aby nie godził się na zwątpienie ("wierz!"), lecz jednocześnie odpowiedział na jego prośbę o przedstawienie dowodów.

Potem rzekł do Tomasza: Daj tu palec swój i oglądaj ręce moje, i daj tu rękę swoją, i włóż w bok mój, a nie bądź bez wiary, lecz wierz. (Jana 20.27)

Pan Jezus nie potępia poszukującej wiary, lecz dodaje: nie bądź bez wiary, lecz wierz! Nie stwierdza: odejdź ze swoimi wątpliwościami i żyj według własnego sumienia. Poszukiwania Tomasza były autentyczne, dlatego otrzymał dowód, aby uwierzył. W innym miejscu czytamy o mężczyźnie, który wyznał Jezusowi, że jest pełen zwątpienia (Mk 9.24) i powiedział: "Pomóż niedowiarstwu memu". W odpowiedzi na jego szczere wyznanie, Pan Jezus błogosławił mu uzdrawiając jego syna. Bez względu na to, czy ktoś uważa siebie za człowieka wierzącego, czy za sceptyka historia Tomasza uczy, aby każdy podszedł do swoich wątpliwości z taką samą szczerością. Można bowiem wątpić jak szatan: czy naprawdę Bóg powiedział? Jednak można wątpić jak Tomasz. Owszem, miał wątpliwości, ale chciał uwierzyć. Chciał wierzyć w prawdę. Chciał wierzyć, że spotkał prawdziwego Chrystusa. 

WSPÓŁCZESNY SCEPTYK

W przeciwieństwie do Apostoła, współczesny sceptyk i agnostyk sprzeciwiają się jakimkolwiek dążeniom do prawdy, wiary i pewności. Oczywiście wszystko okraszone jest pozorami pokory i otwartości. Twierdzenie, że prawda jest dużo obszerniejsza niż ktokolwiek z nas jest w stanie pojąć rzeczywiście może być przejawem pokory. Jeśli jednak posłużymy się tym twierdzeniem, by podważyć wszelkie próby rozsądzenia prawdy, to stalibyśmy się arogantami. I tego typu arogancja, prowadziła (i wciąż prowadzi) do nietolerancji i przemocy. Ktoś zauważył, że XX wiek zrodził jeden z największych i najbardziej niepokojących paradoksów ludzkości: największej nietolerancji i przemocy dopuszczali się ci, którzy wierzyli, że to religia jest źródłem nietolerancji i przemocy. Jak jednak można być pewnym, że żadna religia nie ma wglądu w całą prawdę, o ile samemu nie posiada się przekonania o pełniejszej, wyczerpującej wiedzy na temat duchowej i materialnej rzeczywistości?

Tomasz był człowiekiem, który szuka prawdy, a nie podważa wszystko, co jest uznane za prawdę. Co więcej, był człowiekiem wierzącym, który nie chce wierzyć ślepo! Jak każdy wierzący miał wątpliwości, ale były one tymczasowe. Współczesny relatywista pokiwałby mu palcem:
- Nie możesz, Tomaszu, być pewien, że to Pan i Bóg nawet gdy dotknąłeś jego ran! Porzuciłeś nas: obóz wątpiących, sceptyków, niedowiarków! Odpowiedź Tomasza zapewne brzmiałaby: Nie ma i nie było żadnych nas. Nigdy nie byłem w waszym obozie. 

Tomasz nie był relatywistą, który wątpiąc chciał podważyć pewność uczniów i tożsamość Pana Jezusa. Socjolog Peter Berger napisał kiedyś: "Absolutny relatywizm jest możliwy jedynie wtedy, jeśli jego zwolennicy wyłączą się z reguł, które narzucają wszystkim innym". Kiedy relatywista zacznie bronić swoich założeń, okaże się, że zaczyna je traktować jako prawdy absolutne. Odrzuca możliwość poznania jedynie w wydaniu innych. Sam jest bardzo przekonany o uniwersalności swoich osądów. Tym samym przestał być relatywistą.

Hm, no tak, ale ty pastorze wierzysz, bo akurat urodziłeś się w chrześcijańskiej kulturze i żyjesz w kraju, gdzie chrześcijaństwo jest powszechne. Jednak gdybyś urodził się w rodzinie ateistycznej czy buddyjskiej, to za prawdę uważałbyś coś innego. 

Zarzut o tym, że ktoś wierzy, ponieważ poddał się okolicznościom swojego środowiska można odwrócić i zastosować wobec osoby, która go wygłasza. Alvin Platinga trafnie zauważył: „Przypuśćmy, że prawdą jest, że gdybym urodził się w Maroku, w rodzinie muzułmańskiej, a nie w Michigan, w rodzinie chrześcijańskiej, moje wierzenia, byłyby zupełnie inne. Jednak ta sama prawda dotyczy pluralisty... Gdyby pluralista urodził się w Maroku, prawdopodobnie nie byłby pluralistą. Czy to znaczy, że wierzenia pluralisty zostały wzbudzone w nim w wyniku mało wiarygodnego procesu rozwoju wierzeń?"

DOKĄD IDZIESZ Z WĄTPLIWOŚCIAMI?

W Tomaszu jest coś, co da się lubić. Wiara nie jest dla niego rzeczą łatwą. Pokazuje, że nie jest to kwestia wygody i łatwych odpowiedzi. Był człowiekiem, który, aby uwierzyć musiał podjąć wysiłek zadawania pytań i działania. Jego wątpliwości nie służyły walce z prawdą. Służyły poszukiwaniu prawdy. Dlatego dochodzi do wiary i posłuszeństwa w najwyższym stopniu. Wiara, która szuka upewnienia, jest lepsza od każdego gładkiego wyznania.

Kiedy zmagamy się z pytaniami wiary, ze słabością i zwątpieniem, to w historii poszukującego Tomasza znajdziemy otuchę. Pan nie potępia słabości i zwątpienia. Pytanie jedynie brzmi: dokąd się z nimi udajesz? Do Chrystusa, czy od Chrystusa? Pan mówi: Daj tu rękę, włóż w bok mój i nie bądź bez wiary, ale wierz. Daj rękę - chcę ci dać chleb i wino. Daj uszy – chcę byś posłuchał. Daj oczy - chcę byś zobaczył, przeczytał. Daj usta - chcę, byś posmakował. Chrystus chce dać ci to wszystko, abyś dłużej nie był bez wiary, lecz wierzył. Niech twoja podróż zakończy się wyznaniem: Pan mój i Bóg mój! A będziesz błogosławiony, bo choć nie widzisz Jezusa fizycznymi oczami, to ujrzysz Go oczami wiary.

Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. (Ew. Jana 20.29)

Inspirację i część z powyższych rozważań zaczerpnąłem z książki Fabrice Hadjadj pt. "Zmartwychwstanie - instrukcja obsługi"

----------------

PS. Na koniec prywata :) Jeśli szukasz prezentu na Mikołajki i Święta - polecam nasze nowe, zafoliowane planszówki: TUTAJ

poniedziałek, 26 listopada 2018

Kazania w dziale Multimedia

W dziale  MULTIMEDIA na stronie naszego Kościoła w Gdańsku można odsłuchać najnowsze kazania z ostatnich Niedziel:

- Wierny poszukujący Tomasz (Jn 20.25-29)
- Pastorzy i starsi - o zarządzaniu kościołem (1 Tm 3.15)
- Reformacja jako Exodus (Wj 12-14)



piątek, 23 listopada 2018

Judasz przy Stole

Apostoł Paweł mówi, że Pan Jezus ustanowił Wieczerzę w noc, kiedy został zdradzony. Ewangelie podają, że służył na niej chlebem i winem również swemu zdrajcy - Judaszowi, który znajdował się pod wpływem działania Szatana i Jezus dobrze o tym wiedział.

Podczas pierwszej celebracji Wieczerzy przy Stole Pańskim znajdował się uczeń, który zdradził Pana. Jezus wiedział o tym, a następnie... ustanowił sakrament Komunii. 

Czego nas to uczy? Tego, że sakramenty są tym, czym Bóg mówi że są, nie zaś tym, co ludzie o nich mówią. Po wczorajszym spotkaniu dla małżeństw w naszym domu rozmawialiśmy o błędach w podejściu do sakramentów. Konkluzja była taka, że błędy i różnice teologiczne poszczególnych ludzi, całych zborów lub nawet denominacji nie zmieniają obiektywnego znaczenia Chrztu lub Wieczerzy Pańskiej. Jeśli jesz chleb i pijesz wino w Kościele na pamiątkę śmierci naszego Pana, to jest to sakrament chrystusowy, pomimo tego, iż uczestniczy w nim Judasz, lub ktoś w błędny sposób np. sprowadzi go do roli zwykłego symbolu bez żadnego duchowego znaczenia. Pan Jezus powiedział: "bierzcie i jedzcie, bierzcie i pijcie". Nie zaś: "zanim weźmiecie - pospekulujcie, przedstawcie argumenty, wyszukajcie zdrajców".

Kiedy pomyślimy o obecności zdrajcy podczas Pierwszej Wieczerzy, pomyślmy również o wszystkich zdrajcach obecnych przy tym Stole od tamtego czasu, aż po teraźniejszość. Jednak zamiast rozglądać się za Judaszem i badać kto nim jest, powinniśmy zrozumieć, że każdy z nas sam przyprowadza do stołu wystarczająco niegodnego Judasza: siebie

Nieprawość Judasza nie polegała na tym, że był przy Stole ze swoim grzechem i wziął udział w Wieczerzy Pańskiej. Jego grzechem było to, że odszedł od tego Stołu i wyszedł w ciemną noc. Jego grzech polegał na niegodziwej odpowiedzi na dar chleba i wina. A odpowiedzią była zdrada, niewiara, niewdzięczność. Wziął chleb i... oddalił się od Chrystusa ze swoim grzechem.

Możemy podążać za grzechem nawet jesli siedzimy w ławce kościelnej wyczekując na chleb i wino. Nasze ciało jest nieruchome, ale myśli i serce biegną ku nieprawości. Historia Judasza przypomina, że, aby przyjąć chleb i wino z prawdziwą wiarą i wdzięcznością, musimy najpierw uwolnić ręce i potłuc knowania, intrygi, grzech, który w nich trzymamy.

Pan Jezus nie pomylił się dając Judaszowi chleb i wino. Nie myli się, gdy zaprasza do niej wszystkich swoich uczniów. Jednak uwolnijmy nasze ręce, serca, a po opuszczeniu Stołu nie wychodźmy w ciemną noc - do naszych mrocznych zakamarków. Żyj w świetle Chrystusa tak jak On żył i umarł za ciebie.