piątek, 28 sierpnia 2015

Czy opowiadać świadectwa podczas nabożeństwa?

Jakiś czas temu przyjaciółka zapytała mnie co myślę o opowiadaniu świadectw podczas niedzielnego nabożeństwa?

Zacznę krótko: jestem przeciwny. Nie dlatego, iż uważam świadectwa za złe i szkodliwe. Nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie: uważam, że mają one swoją wartość i mogą stanowić źródło wielkiej zachęty dla słuchaczy. O co więc chodzi? Pozwólcie, że wyjaśnię:

Na początek dwa słowa o randze tematu. Oczywiście nie jest to kwestia, która powinna powodować kruszenie kopii w Kościele, a tak się niestety dzieje. Zdarzają się sytuacje, gdy ludzie opuszczają wspólnoty w kłótliwej atmosferze z powodu braku dania im możliwości opowiadania świadectw w niedzielny poranek. Z drugiej strony sprawa dotyczy sposobu w jaki zbliżamy się do Boga, stąd nie powinna być przemilczana lub zbywana nonszalanckim lekceważeniem. Dlatego zachęcałbym, by dyskusja na ten temat odbywała się w duchu zrozumienia i bratniej miłości. 

Zdefiniujmy zatem pojęcia. Większość świadectw to ciekawe historie szczerych chrześcijan na temat ich przeżyć z Bogiem. Nabożeństwo natomiast to miejsce, gdzie przede wszystkim mówi Pan Bóg. Pastor, który prowadzi nabożeństwo, zwiastuje Słowo Boże i sprawuje sakramenty występuje nie w swoim imieniu, lecz jako usta Chrystusa oznajmiające Bożą wolę. Z tego powodu cała liturgia, porządek nabożeństwa, treść kazań powinny być teocentryczne i chrystocentryczne.

W wielu świadectwach Bóg, owszem, jest obecny, jednak jest to cały czas opowieść człowieka o Bogu i o nim samym, gdzie dominuje „ja”, które uwierzyło lub doświadczyło Boga: „Urodziłem się w obojętnej religijnej rodzinie”, „Stoczyłem się na życiowe dno”, „Byłem uzależniony od alkoholu, seksu i narkotyków”, „Doświadczyłem Boga”, „Spotkałem Boga”, „Nawróciłem się do Boga”, „Rozpocząłem nowe życie” itd. Ja, ja, ja, ja.

Nabożeństwo, którego istotą jest odnowienie przymierza Boga z człowiekiem, nie powinno być kontekstem, które stawia człowieka i jego przeżycia (mniej lub bardziej sprawdzalne) w centrum uwagi. Nawet jeśli źródłem tych przeżyć jest Bóg. Biblia nie zobowiązuje nas, byśmy wierzyli w treść przeżyć. Słysząc je możemy odpowiedzieć: „Amen!”. Jednak mamy również wolność, by odpowiedzieć: „Ciekawe” lub „Hm, nie wiem. Nie mam pojęcia”, a nawet „Pięknie budujesz napięcie, bracie”. Świadectwa nie posiadają atrybutu natchnienia, bezbłędności, prawdziwości. Dlatego nie powinny być opowiadane zza niedzielnej kazalnicy z tego samego powodu, co nie powinna być z niej czytania książka autorstwa szczerego chrześcijanina. Nie głosimy człowieka, jego poglądów, przemyśleń, historii, przeżyć. Nasza wiara spoczywa na czymś dużo pewniejszym, bardziej spolegliwym i trwałym: Bogu i Jego Słowie. Nabożeństwo jest kontekstem zwiastowania Bożych, nie zaś ludzkich świadectw.

Publiczne zgromadzenia ludu Bożego (Kościoła) w Starym i Nowym Testamencie to spotkanie „z” Bogiem, nie zaś „o” Bogu. To nie spotkanie ludzi dyskutujących o Panu Bogu. To spotkanie Chrystusa z Kościołem, podczas którego Oblubieniec w liturgicznym dialogu komunikuje się z Oblubienicą poprzez usta (czytane i głoszone Słowo Boże) i ręce (Wieczerza Pańska, błogosławieństwo) powołanego do tego sługi (pastora, księdza). Oblubienica zaś odpowiada wdzięcznym, głośnym Amen, wspólną modlitwą, wspólnym śpiewem, wspólnym wyznaniem wiary, wspólnym wyznaniem grzechów, wspólną ofiarnością, i wspólną postawą ciała (wznoszone ręce, klękanie, stojąc itd.).

Podczas nabożeństwa nie gromadzimy się, by słuchać ludzkich świadectw o Bogu. Gromadzimy się, by słuchać Bożych świadectw o człowieku i o Nim samym. (1 Kor 2.1; 1 Jn 5.9).

Praktyka świadectw podczas nabożeństwa prócz wznoszonego piedestału dla człowieka w miejsce Boga niesie ze sobą jeszcze dwa niebezpieczeństwa: wyzwala i utrwala głód słuchania historii, które zapierają dech w piersiach słuchaczy. Skutek jest taki, że przy braku „ognistych” świadectw ludzie nabierają przekonania, że stają się martwą wspólnotą, która nie doświadcza na co dzień działania żywego Boga. „Hej, naprawdę nikt z nas niczego nie przeżył z Bogiem?”. „Naprawdę Bóg jest żywy tylko u sąsiadów?”

To z kolei prowadzi do innej specyficznej tendencji: opowiadania... wszystkiego - począwszy od świadectwa o zagubionym i odnalezionym smartfonie (co urasta do rangi cudu), a skończywszy na historii o tym, jak Bóg wniósł w serce opowiadającego ogromny pokój i komfort o 13.30 tuż po przerwie na lunch w pracy. Oczywiście świadectwa o przynagleniu Ducha Świętego, by podzielić się ewangelią lub traktatem ewangelizacyjnym w tramwaju stanowią połowę opowiadanych historii.

Chciałbym zostać dobrze zrozumiany. Oczywiście jest miejsce na opowieści o naszych przeżyciach z Bogiem: czy to w zorganizowanym czasie po zakończeniu nabożeństwa, czy to podczas wieczorów świadectw lub na grupach domowych. Powinniśmy jedynie rozpoznać, że zdefiniowanie danej rzeczy jako dobrej nie oznacza automatycznego wpasowania jej do każdego kontekstu. Docenienie walorów muzyki jazzowej lub rockowej jeszcze nie oznacza, że jest to odpowiednia stylistyka podczas ceremonii pogrzebowej. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz