sobota, 5 stycznia 2013

Socjalizacja w edukacji domowej

Trzecia część rozmowy o edukacji domowej.

6. Natalia Schiller: Co z aspektem społecznym niechodzenia do szkoły - z iloma rówieśnikami i dorosłymi spotykają się Państwa dzieci i czy starają się Państwo to jakoś kompensować?

PB: Zwykle edukację domową prowadzą rodziny wielodzietne więc towarzystwo dzieci jest zagwarantowane. Po drugie wątpliwości budzi twierdzenie, że szkoła „uspołecznia” dzieci w odpowiedni sposób. Teoretycznie uczniom nie wolno rozmawiać podczas lekcji. Dziesięciominutowe przerwy to trochę mało czasu na zawieranie przyjaźni. Po trzecie: jak zauważył dr Marek Budajczak, mało naturalną socjalizacją jest przebywanie kilkudziesięciu osób w tym samym wieku, w tym samym czasie, w samym pomieszczeniu, które uczą się tych samych rzeczy w tym samym tempie. Socjalizacja klasy szkolnej to więc dość sztuczny twór, który w naturze nie występuje. W codziennych sytuacjach życiowych wchodzimy bowiem w interakcje z ludźmi w różnym wieku, różnym wykształceniu, w różnych okolicznościach. I takiej socjalizacji chcemy nasze dzieci uczyć. W naszej sytuacji widzimy jak korzystnie pod tym względem wyglądają kontakty naszych dzieci z kolegami i koleżankami na podwórku, uczestnictwo w chrześcijańskim skautingu Royal Rangers, wspólne wycieczki z rodzinami przyjaciół, zajęcia teatralne, plastyczne i muzyczne w Pałacu Młodzieży, noclegi u koleżanki lub sporty zespołowe. Dzieci tworząc grupy spotykają się, razem się bawią, uczą i robią wiele innych rzeczy. Jako rodzice bardziej świadomie wybieramy im, póki są małe, miejsca socjalizacji bo oczywiście nie lekceważymy tego aspektu wychowania. Jedną z nagród dla Zuzi jest np. nocleg u koleżanki albo koleżanki u niej. Koleżanki z osiedla naszej córki mówią do niej: Zuzia, ale masz fajnie, że uczysz się w domu, a znajomi rodzice pytają nas, jak to robimy, jak radzimy sobie z organizacją życia w domu. Jedno z małżeństw na naszym osiedlu ostatnio powiedziało nam, że też chcą spróbować. Zgłaszają się kolejne osoby i pytają jak zacząć.

7. Czy nie uznają Państwo za wartość szkoły pewnej polifoniczności? Niezależnie od merytorycznego przygotowania rodziców, które może być doskonałe, w szkole uczeń styka się z różnymi stylami nauczania, charakterami, sposobami myślenia. Uczy się też radzenia sobie ze stresem, którego w edukacji domowej pewnie nie ma za dużo? Czy uznają Państwo taki sposób myślenia?

Edukacja domowa przygotowuje dzieci do funkcjonowania właśnie w tego typu polifoniczności. Kształtujemy ich kręgosłup moralny, sposób myślenia, uczymy wiedzy o odmiennych stylach życia i myślenia aby świadomie mogły mówić o własnych przekonaniach, drodze, którą podążają, szacunku dla bliźnich wobec zajmowanego przez nich innego spojrzenia w pewnych sprawach. Zanim dziecko nauczy się biegać najpierw musi nauczyć się chodzić. Jeśli chodzi o stres, to oczywiście pytanie dotyczy tego, co go powoduje. Jest stres, który jest całkiem normalnym i zdrowym objawem przez np. klasówką czy publicznym wystąpieniem. Istnieje jednak stres negatywny wiążący się z obawą przed poniżeniem, odrzuceniem czy wykluczeniem. Żaden rodzic świadomie nie dąży do zapewniania swojemu dziecku drugiego rodzaju stresu „by umiało sobie radzić w dorosłym życiu”. Każdemu rodzicowi zależy aby jego dziecko uczyło się w kontekście akceptacji, miłości i szacunku. Rzadko który rodzic chce aby jego dziecko uczęszczało do szkoły, która ma „złą opinię” aby uczyło się tam "odporności je na stres". Nie słyszałem by takie szkoły miały więcej chętnych niż renomowane licea. Stres w naszym kontekście pojawia się gdy nasze dzieci corocznie zdają oficjalne egzaminy w szkole, do której są zapisane. Na ich podstawie przekazana wiedza jest weryfikowana i sprawdzana. Stanowi on też podstawę promocji dziecka do następnej klasy. Nie wiem na ile są to stresujące chwile dla naszych dzieci. Pewnie trochę są. Na pewno większy stres przeżywają rodzice J W samym sposobie semestralnego lub rocznego egzaminowania staramy się też widzieć dobre strony, np. przygotowują one do radzenia sobie ze stresem podczas przyszłych egzaminów na studiach, które nie będą dla naszych dzieci żadną nowością. 

5 komentarzy:

  1. W"naturze' cokolwiek by to znaczyło - mało jest kontaktów w grupach różnorodnych wiekowo,zazwyczaj w grę wchodzi różnica maksimum trzech / czterech lat. Zatem akurat tyle co w szkole. Doskonały pomysł ze skautingiem czy zajęciami dodatkowymi. Ale np. już nie ma szans na umawianie się "po szkole", czy bycie "na bieżąco" w tym co młodzież uznaje za modę.
    A to jednak bardzo ważne.

    Osobną kwestią jest osobowość nauczycieli, która sama w sobie może stanowić ogromny "efekt dodatkowy".

    OdpowiedzUsuń
  2. Osobowość nauczycieli... Posyłając dziecko do publicznej szkoły mamy znikomy wpływ (jeśli w ogóle) na osobowość jaka będzie miała kontakt z dzieckiem. Niemile wspominam moją wychowawczynię z młodszych klas podstawówki, która powinna mieć zakaz nie tylko nauczania, ale i zbliżania się do budynku jakiejkolwiek szkoły. Nie jestem przeciwnikiem linijki na łapę za łobuzowanie, gdy perswazja ustna nie daje rezultatu, ale publiczne ściągnięcie majtek dziewięcioletniej dziewczynce i lanie na goły tyłek za zaśpiewanie hymnu "póki my żyjemy" zamiast "kiedy my żyjemy" dyskwalifikuje takiego człowieka jako nauczyciela. Dziecko należało do 4 kategorii (słaby uczeń z biednego domu) pozostałe kategorie jakie zaobserwowałem w traktowaniu przez tamtą panią to 3: przeciętny uczeń; 2: przeciętny/ dobry uczeń od którego rodziców czerpała korzyści i 1: dobry uczeń z bogatego domu.
    Edukacja domowa chroni dziecko przed takimi pseudopedagogami.

    OdpowiedzUsuń
  3. Szczerze mówiąc Rafaelu... nie wierzę Ci.
    Ponieważ sam słyszałem tego typu opowieści wielokrotnie i za każdym razem od "nausznego" świadka to traktuję je jako jedną z urban legends.
    Co oczywiście nie oznacza że wielu nauczycieli zwyczajnie minęło się z powołaniem.

    OdpowiedzUsuń
  4. @ Czcigodny Markomanie - nie jest to "urban legend" jestem NAOCZNYM świadkiem tego zdarzenia. Pani nauczycielka nazywała się Kazimiera K., imię koleżanki pominę. Inne odzywki tej pani to "ty wstrętny wielkooki" do innego ucznia kategorii 4.

    Sam należałem do grupy 2.

    OdpowiedzUsuń
  5. No cóż - potraktuje to jako wyjątek potwierdzający regułę.
    Inna sprawa że kategoriowanie uczniów jest czymś naturalnym,są zdolni,mniej zdolni, udzielający się i nieudzielający, mający zaangażowanych rodziców i buraków.

    Nie ukrywam ze moi chłopcy należą to tych pierwszych kategorii. Zdolni, ze świetnymi wynikami, udzielający się, mający zaangażowanych rodziców i doprawdy było by mi przykro gdyby nauczyciele nie dostrzegając tego potencjału traktowali ich tak samo jak dzieci z kategorii mało zdolny, leniwy, mający za rodziców buraków.

    OdpowiedzUsuń