Uczyniliśmy z obecności w Kościele główny sposób mierzenia tego, kto jest „dobrym chrześcijaninem”.
Możesz przez lata słuchać dobrego zwiastowania i nadal się nie zmieniać.
W każdą niedzielę możesz śpiewać o łasce, a jednocześnie odmawiać przebaczenia.
Hojnie dawać, a mimo to wciąż być pod kontrolą pieniędzy.
Znać Biblię na tyle dobrze, by wiedzieć, co jest nie tak z każdym innym, a jednocześnie nie dostrzegać własnej pychy.
Właśnie dlatego sama „obecność w kościele” może być niebezpieczna.
Przyzwyczajenie może zacząć nam się wydawać dojrzałością.
Dlatego po latach bycia w Kościele może warto zadać sobie lepsze pytania:
Czy szybciej potrafię powiedzieć: „To ja się myliłem”?
Czy szybciej potrafię powiedzieć: „Przebaczam ci”?
Czy trudniej przychodzi mi się gniewać?
Czy jestem bardziej cierpliwy wobec swojej rodziny?
Czy okazuję więcej łaski ludziom, którzy mnie zranili?
Czy coraz rzadziej jestem przekonany, że w każdym konflikcie to ja jestem niewinną stroną?
Czy po prostu stałem się lepszy w byciu „kościelnym człowiekiem”, czy rzeczywiście stałem się bardziej podobny do Jezusa?

